Słonecznego poranka 1901 roku, Emil Jellinek z uśmiechem spojrzał na rozpościerający przed nim krajobraz. Kilka lat temu, dzięki udanym inwestycjom na giełdzie, udało mu się nabyć willę z pięknym widokiem na nicejską część Lazurowego Wybrzeża. Teraz ze spokojem obserwował, jak gosposia nalewała mu gorącej kawy i szykowała stół do śniadania. Życie wreszcie zaczynało się układać, lecz jego umysł wciąż kręcił się wokół jednej sprawy. Wilhelm Maybach zobowiązał się zrobić dla niego trzydzieści sześć aut według jego szczegółowych wymagań i wskazówek. Samochody były prawie gotowe, zastanawiał się tylko nad tym jak je nazwać.

            Jednak rozważania te musiały jeszcze chwilę poczekać, na tarasie pojawiło się bowiem oczko w głowie dostojnego taty. Czteroletni blond aniołek, córeczka, której imię po hiszpańsku oznacza dobro, łaskę, zaszczyt i grację, właśnie z niesłabnącą determinacją ciągnęła za sobą większego od siebie pluszowego misia. Powagę sytuacji szybko zrozumiała gosposia, pomagając usadowić misia na krześle dziewczynki. Wtedy mała zobaczyła tatę i z niekrytą radością postanowiła wskoczyć mu na kolano. Jednak na drodze gracji stanęła filiżanka z gorącym napojem, który szybko znalazł swoje miejsce na Panu domu. W sąsiedniej willi było słychać tylko jedno słowo: „Mercedes!”

            Dużo się zmieniło od czasu, kiedy Emil Jellinek imieniem swojej córki nazwał „zmotoryzowaną kanapę”, jak wtedy wypadało mówić o samochodach. Model, z którym miałem okazję spędzić kilka dni, został oznaczony jako E350e. Jest to prawie najbardziej luksusowa limuzyna jaką Mercedes-Benz ma w ofercie. Jego obecni konkurenci na rynku to Audi A6, Jaguar XF i BMW serii 5.

            Czym się różni od modelu Mercedes 35 HP?

            Zamiast samotnej kanapy z silnikiem, dostaniemy dwa wielkie, 11-calowe ekrany –  jeden zamiast zegarów, zaś drugi do rozrywki. Bardzo wygodne fotele z przyjemnej w dotyku skóry – zarówno podgrzewane, jak i wentylowane – oraz wszechobecne drewno wewnątrz auta. Samochód jest też pełen wszelkiego rodzaju gadżetów, jednak to, co na mnie najbardziej zrobiło wrażenie, to tryb autonomicznej jazdy. Powoduje on, że samochód prowadzi się sam! Oczywiście nie wszędzie, a właściwie wyłącznie na trasie, i nie wygląda to tak, że wpisujemy w nawigację adres swojej willi w Nicei, sami bierzemy się za książkę i piwo, a samochód grzecznie dojeżdża na miejsce. Za to sam skręca i możecie puścić kierownice na chwilę, żeby np. podnieść tę butelkę wody, która nie wiadomo jak zleciała na ziemię, lub sprawdzić, dlaczego nagle macie 50 powiadomień na telefonie. Tryb autonomicznej jazdy jest możliwy dzięki genialnemu programowi, który jednocześnie analizuje obraz z kilku kamer i czujników, umieszczonych w kluczowych miejscach. Spróbujcie sobie wyobrazić, jakie wrażanie zrobiłoby by to na Emilu w 1901 roku!

            Co oznacza małe „e” na końcu?

            To małe „e” oznacza, że ten samochód posiada dwa silniki, które teoretycznie miały ze sobą współpracować, jednak w praktyce pracują razem tylko w trybie Sport+: wtedy silnik elektryczny i benzynowy produkują łącznie ponad 286 KM i 550 Nm, co potrafi rozpędzić tę 2-tonową limuzynę w nieco powyżej 6 sekund do setki. To imponujący wynik. Jednak na co dzień sytuacja nie wygląda tak kolorowo. Silniki elektryczne po pełnym ładowaniu starczyły na 30 km jazdy po mieście, ale kiedy energia się skończyła… 2-litrowy silnik benzynowy zaczynał palić 14 litrów, zamiast katalogowych 2,5 litra na 100 km. 

            Przecież wszędzie go naładujesz!

            Jednak można powiedzieć, że po mieście 30 km w zupełności wystarczy, bo przecież wszędzie są stacje ładowania i dodatkowo są za darmo. Niby tak. Jedna jest przy Centrum Nauki Kopernik – przez 4 dni mojego doświadczenia z Mercedesem przejeżdżałem tam codziennie i codziennie stał tam ten sam bardzo nieelektryczny srebrny Lanos. Podobnie z innymi miejscami dla aut hybrydowych i elektrycznych. Jeśli rzeczywiście chcemy nie mieć smogu w Warszawie i uznajemy, że elektryczne auta są najlepszym pomysłem na jego zwalczenie w centrum, powinniśmy szanować miejsca do ładowania tych aut – nigdy przecież się nie staną popularne, jeśli nie będzie można ich naładować nigdzie poza domem.

            Wnioski

            Nie wiem, czy w tym wypadku Mercedes jest do końca winny, bo jak już wspomniałem był komfortowy, wykonany z cudownych materiałów, pełen gadżetów, lecz… na co dzień jest to 2-tonowy samochód, którego nie miałem gdzie naładować, a benzyny palił wcale niemało.

            Wniosek: polecam Mercedesa Klasy E, wydaje mi się jednak, że jeszcze nie czas na taką hybrydę do jazdy po Warszawie.